Zdrowie pańWtorek, 22 kwietnia 2008 14:30:00  dr Iza Desperak |
|
To hasło tegorocznej manify. Zdaje się, że miało połączyć dwa na pozór nie z tej samej bajki postulaty: prawo do aborcji i prawo do zapłodnienia in vitro. Ale jednocześnie z tym hasłem kojarzy mi się poradnia K - miejsce szczególnie związane ze zdrowiem kobiet właśnie. Drobiazgowe obserwacje owego miejsca wzbudzają wątpliwość - zdrowie pań, zdrowie mam czy zdrowie płodu? I czy powszechne obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne zdrowie pań obejmuje?
Poradnia dla kobiet to gabinet ginekologiczny plus położna. Przyjmuje się tam kobiety, niekiedy w poczekalni zauważyć można towarzyszących im mężczyzn. Poradnie dla kobiet zajmują się kobietami w ogóle, i szczególnie kobietami w ciąży. To tam trafić powinna kobieta w ciąży, o ile oczywiście pragnie ciążę kontynuować. Jeśli nie, trafia gdzie indziej - albo i nie. Jeśli trafia pod opiekę takiej poradni, zakłada się jej kartę ciąży i udziela - przynajmniej w mojej poradni - przywileju nieoczekiwania w kolejce. Co dzieje się dalej? Rodzi się dziecko, potem do domu położnicy przybywa położna, która wyjaśni jak wykapać noworodka, ale przywilej ten jest krótkotrwały, a do poradni K nikt jej już nie przyjmie poza kolejnością.
Zajmę się wiec tym, co się tam dzieje, gdy nie jesteśmy w ciąży. Bo zazwyczaj nie jesteśmy, i nie wszystkie, a statystyczna kobieta rodzi niespełna półtora raza w życiu. Do ginekologa chodzimy. Po co? Po pierwsze, bo nam coś dolega. Po drugie, bo pragniemy się zabezpieczyć przed niepożądaną ciążą i gdy pragniemy w ciąże zajść oraz ją donosić i urodzić zdrowe dziecko. Po trzecie, dla profilaktyki, by uniknąć zagrożeń, jakie niesie nam nasze ciało.
Zagrożeń tych jest wiele. Wśród kobiet żniwo zbiera rak sutka i rak szyjki macicy. Eksperci, ubolewający nad tym, że w Polsce o wiele częściej niż w innych europejskich krajach umierają z powodu tych chorób, które odpowiednio wcześnie wykryte są uleczalne, lekarze najczęściej, wyjaśniają, że kobiety nie chcą się badać (w domyśle głupie kobiety umierają na własne życzenie). Z całą stanowczością twierdzę, że to nieprawda! Kobiety, które boją się wizyty u ginekologa lub badań profilaktycznych to niewielka grupa. Lęk przed badaniem ginekologicznym jest zresztą racjonalnie uzasadnioną obawą, wiemy z doświadczenia, że badania te bywają nieprzyjemne i bolesne, sytuacja badania na fotelu ginekologicznym jest często upokarzająca, a położne i ginekolodzy traktują pacjentki jakby prawa pacjenta kobiet nie obejmowały. Większość kobiet mimo tych utrudnień leczyć się i zapobiegać chorobom pragnie, jednak napotyka bariery zupełnie innego rodzaju niż własne lęki. Wczesnemu wykrywaniu raka szyjki macicy powinna służyć cytologia wykonywana podczas rutynowych regularnych wizyt w wybranych gabinecie w ramach ubezpieczenia. Jeśli nie robi się tych badań, to nie wina kobiet. Świadoma pacjentka może zbada sobie sama piersi, wycinka do badania sobie sama nie pobierze! Ciekawa jestem, czy autorzy programów profilaktycznych próbowali oszacować ile kobiet uprawnionych do opieki lekarskiej nie może jej uzyskać?
Czy o profilaktykę chodzi, czy o zdrowie reprodukcyjne, czy o leczenie konkretnych już dolegliwości napotykamy - my, kobiety ubezpieczone - na barierę tę samą: rejestrację. Tam dowiadujemy się, ze, aby o profilaktykę zadbać, lub zdrowie nadszarpnięte podleczyć - trzeba było przyjść 3 miesiące temu, albo dziś o godzinie 5.30, albo mieć zameldowanie w innej dzielnicy, albo, wie pani, w tym roku to już nie da rady... Istnieje alternatywa rejestracyjna formułowana następująco: "pani się prosi". Choć nie jestem maciorą, wielokrotnie "się prosiłam" - czyli udawałam do poczekalni, ustawiałam w kolejce, i czekałam na zakończenie przyjęć oficjalnej kolejki i decyzję lekarza lub lekarki czy mnie przymnie. Trwało to wiele godzin, podczas jednej z akcji prosienia się dokonałam korekty 180 stron maszynopisu, który inaczej zmuszona byłabym zabrać na wakacje. Niestety, mimo sukcesów z maszynopisem na wakacje zabrałam też przykrą infekcję.
Zazwyczaj, gdy się na to skarżę, od koleżanek słyszę, że to moja wina, bo chodzę do beznadziejnej poradni. Proszę je wtedy o wskazanie owych lepszych poradni i lekarek, do których chodzą i zapisuję adresy. Gdy szukam swego kobiecego zdrowia korzystam z notatek. Jak dotąd jeszcze nigdzie tam nie udało mi się dostać do lekarza. Dodać trzeba, o ile do was jeszcze to nie dotarło, że mowa jest o tak zwanych publicznych placówkach służby zdrowia. Prywatne też bywają zamknięte na przykład w niedzielę, i lekarze miewają przerwy urlopowe, jednak ich owe trudności wyżej opisane nie dotyczą!
Zapewniam, że nie tylko mnie się to zdarza. Spośród badanych przez mnie około setki studentek łódzkich połowa deklarowała, że chodzi do ginekologa prywatnie. Nie było to badanie reprezentatywne nawet dla Łodzi, starałam się tak jednak dobrać próbę by móc wnioskować o szerszej niż badana populacji. Wybrałam do badania studentki studiów dziennych i zaocznych, płatnych i bezpłatnych, zamieszkałe w Łodzi i na wsi, samodzielne finansowo i na utrzymaniu rodziców, pobierające stypendium i nie, niedawne maturzystki i kobiety dojrzałe, także matki. Spośród tych tak zróżnicowanych respondentek aż połowa leczy się ginekologa prywatnie. Ankieta nie precyzuje niestety, czy chodzi o profilaktykę, antykoncepcję, wspomaganie poczęcia czy terapię. Skłonna jestem wyjaśnić tak wysoki udział prywatnej opieki ginekologicznej nie tyle wysokim statusem materialnym moich respondentek, ale swoistym przymusem - sądzę, że owa połowa kobiet nie ma innej alternatywy.
Jedynie kilka - kilkanaście procent respondentów reprezentatywnych badań ogólnopolskich deklaruje, że chodzi prywatnie d lekarza, zresztą według autorów jednego z tych badań, Diagnozy społecznej to dobrze - znaczy to, że nas stać. Niestety metodologia mojego badania nie pozwala na porównanie z tamtymi, czy tylko wybrana przez mnie grupa kobiet studiujących częściej niż przeciętnie korzysta z prywatnej pomocy medycznej czy też to akurat kobiety i opieka ginekologiczna wymagają takiej opieki.
Pomijam tu kobiety nieobjęte ubezpieczeniem zdrowotnym jak Swietłana, o której ostatnio pisały gazety. Dlaczego objęte ubezpieczeniem kobiety - jak moje respondentki - dodatkowo płacą za opiekę lekarza ginekologa? Trudno jest odpowiedzieć na to pytanie. Coraz częściej wybierają płatną opiekę, gdy są w ciąży - zdrowie przyszłego dziecka warte jest tego. Gdy nie chcą urodzić - no cóż, praktyka zmusza je do korzystania z usług płatnego podziemia. Ubezpieczenie zdrowotne nie gwarantuje nam też porady w zakresie antykoncepcji. To nie tylko wpływ zakazu aborcji i korzystania przez lekarzy z klauzuli sumienia - w czasach 'przedustawowych' lekarze też odmawiali antykoncepcji. Dwudziestoparoletnia studentka, współżyjąca regularnie, mogła w latach 80 - tych otrzymać zastrzyk hormonalny mający wywołać miesiączkę, ale nie receptę na pigułkę - bo lekarz decydował, że jest za młoda i powinna się uczyć, a nie puszczać. Dziś mamy więcej powodów by antykoncepcji szukać prywatnie - co znacznie ją podraża. W publicznej placówce nie szukamy antykoncepcji "po" bo i lekarze nie chcą jej przypisywać, i czas oczekiwania na wizytę przekracza wymagane 72 godziny. Gdy chodzi o profilaktykę i leczenie, powodów wybrania prywatnego gabinetu może być wiele. Podzielę się tu moimi i moich bliskich prywatnymi doświadczeniami, by przybliżyć proces podejmowania decyzji:
Pamiętam wielu lekarzy, mój pierwszy ginekolog był OK, moja obecna ginekolożka (jedynie 80 złotych za wizytę) też jest fajna. Oczekiwanie na USG w państwowym szpitalu w ramach skierowania było koszmarem - stanie wiele godzin z pełnym pęcherzem, którego nie wolno opróżnić przed badaniem po to tylko by zostać odesłaną przez burkliwego pana na inny termin było dość przykrym doświadczeniem, ten sam lekarz w ramach prywatnej wizyty był bardzo troskliwy i robił USG na tym samym szpitalnym sprzęcie bez kolejki! Jednak boleśnie pamiętam innych lekarzy, do których trafiałam po przedarciu się przez zasieki rejestracji. Jeden, zamiast zajmować się "tą" częścią mego ciała, zwrócił uwagę na podrapane przez kota ręce i zrobił mi wykład pod tytułem "schorzenia psychiczne właścicielek kotów". Inny pominął moje opisy dolegliwości w dolnych partiach ciała, i zamiast nich zajął się moimi zębami, jego żona chętnie by się nimi zajęła za drobną opłatą. Niestety, to co mnie bolało, jego uwagi umknęło. Jeszcze inny wkładając we mnie wziernik, czyli metalowe wtedy urządzenie pozwalające zajrzeć do wnętrze kobiecego ciała, opowiadał ze swadą dowcip na ten temat - jak to przychodzi baba do lekarza, panie doktorze wyjmij pan to lekarstwo, bo mężowi przeszkadza, chodziło o wziernik właśnie. Podwójną puentę stanowiło opuszczenie przez lekarza stanowiska pracy w celu spożycia pączka i kawy - pielęgniarka miała imieniny - a ja na fotelu ginekologicznym ze wziernikiem w środku mogłam sobie bez przeszkód rozpamiętywać ową anegdotę. Do listy moich najmniej ulubionych lekarzy dodam jeszcze moją panią doktor, która zapisując mi gałki czy globulki dopochwowe mówiła o czopkach, oraz przekonywała, że silny hormon roślinny nie jest hormonem. Pani doktor była miła, a raz nawet została po godzinach pracy by wypisać mi receptę. Chodziłam do niej regularnie, zdarzało się jej przyjąć mnie poza kolejką, zwłaszcza, gdy byłam w trakcie leczenia. Niestety, moja córka po pierwszej wizycie u tejże lekarki stwierdziła stanowczo, że noga jej więcej nie przekroczy progu gabinetu, i zażądała kategorycznie wizyty u lekarza, który nie będzie jej traktował jak bydło. Podejrzewam, że córka jako studentka została potraktowana standardowo, a ja, długoletnia pacjentka i pracownik nauki mogłam liczyć na nieco lepszy status w akademickiej poradni. W ramach prezentu na Dzień Kobiet szarpnęłam się na prywatą wizytę, a nawet dwie- do mojej pani doktor było się coraz trudniej dostać, zapisy wymagały uruchomienia piętrowych znajomości, a mimo intensywnego leczenia bolało mnie coraz bardziej. Nie twierdzę, że to uratowało mi życie, ale wywarło dość poważny wpływ na moje zdrowie. Kilka tygodni później leżałam w szpitalu i czekałam na usunięcie trzonu macicy - moja miła pani doktor dysponująca laboratorium i USG, regularnie nachodzona przeze mnie, zignorowała rosnące w moim wnętrzu coś, co można było wymacać palcem. Po operacji nie ryzykowałam już wizyty w publicznej poradni. I córce co jakiś czas funduję przywilej bycia człowiekiem, a nie bydlęciem. Oczywiście, to kosztuje. Raz w roku robimy cytologię, podwójna wizyta i badanie to 240 złotych, czyli 10 procent mojej pensji adiunkta. To potężny wyłom w naszym domowym budżecie, wydatek taki skutecznie oddala perspektywę kupna aparatu fotograficznego, wizyty u laryngologa czy zrealizowania recepty na okulary.
W zeszłym roku objął mnie ogólnopolski program profilaktyki raka szyjki macicy - niestety, trochę za późno, rok po operacji i kilka tygodni po wykonaniu profilaktycznych badań w prywatnym gabinecie. Na mammografię zaproszenia się nie doczekałam, ale od koleżanki - nie od NFZ - dowiedziałam się, gdzie w moim mieście realizowany jest program bezpłatnych badań. Więc gdybym to ja była respondentką badania na temat dostępności do kobiecego zdrowia to tak, należę do tych kobiet, które leczą się prywatnie, i nie trzeba mi już wysyłać specjalnych zaproszeń na badania. Robienie ich w tej samej poradni, w której rejestracja odsyła z kwitkiem kilkadziesiąt kobiet dziennie robi na mnie wrażenie potwornej aberracji, i obawiam się, że zaproszenie do takiej poradni nie musi być zbyt wiarygodne dla jej pacjentek. Zanim kolejni eksperci załamią ręce nad kobiecą niewiedzą i niefrasobliwością proponuję zbadać trochę bardziej systematycznie jak wygląda dostęp kobiet do zdrowia.
|